09 czerwca 2010
RATM
W sumie na tym mógłbym zakończyć wpis.
Właśnie leczę mój nadwyrężony kręgosłup, a oddychanie utrudnia mi sztywny kark. Poobijane ręce skutecznie dają o sobie znać, a ja jedyne czego żałuję, to tego, że nie miałem miejsca stojącego.
Są marzenia i marzenia. Jedne są zaplanowane i z uporem maniaka dążymy do ich wykonania, inne są czymś w rodzaju wishlist. Te drugie czasami spełniają się z dnia na dzień (no w tym przypadku z miesiąca na miesiąc). I tak było z Rage Against The Machine: krótka notka w radio i już siedziałem przed kompem polując na bilety.
A wczoraj....
... przeżyłem jeden z najlepszych koncertów w moim życiu. Blisko 20 000 ludzi i czterech na scenie. Morello jest dokładnie taki jak go widywałem w TV, mały i wymiata na wiośle. Te jego improwizacje powodowały gęsią skórkę. Zack za to wygląda... dokładnie tak jak w TV. Tym razem miał fluffy fryzurę. Koncert po prostu powalał energią. W życiu nie widziałem tak żywiołowo reagującego tłumu. Nie da się ukryć, że muzyka temu jak najbardziej sprzyjała (i sprzyja). Chłopaki odśpiewali wszystkie topowe kawałki: "Bombtrack", "Take the power back", "Wake up", "Freedom". Był też tribute do zamordowanego menadżera Ramones. Jedno co powiem odnośnie tego tribute, to to, że RATM sprawdziło by się idealnie w stricte punkowej roli. Na deser dostaliśmy "Killing in the name".
Sam koncert...
... był konsekwencja świątecznej akcji przeciw popelinie sianej przez X-Factor. Co roku program ten kończył się tuż przed świętami i siłą rzeczy wygrywający wykonawca był top one na listach przebojów wszystkich sklepów. Akcja wystartowała na Facebooku (gdzież by indziej) ale została podchwycona szybko przez rockowe stacje radiowe i rozprzestrzeniona na całe wyspy. I tak numerem jeden we wszystkich sklepach online w UK i Irlandii był "Killing in the name", zaś de la Rocha obiecał, że da darmowy koncert by to uczcić, a że jest słowny 6-go czerwca dali niezły popis w Londynie, gdzie za support robili Cypress Hill, zaś dwa dni później wpadli do Dublina.
Podsumowując
RATM mimo lat na scenie, mimo rozpadu, mimo politycznych poglądów nie do końca zgodnych z moimi, mimo w końcu mojego wieku nadal powodują drgawki i należy uważać, by na ich koncercie (nawet na miejscach siedzących) nie nabawić się kontuzji.
Chciałbym jeszcze nadmienić, że supportujący ich Gogol Bordello - cygański ska-punk-rock (?) również byli nieźli. Zaś Gallows absolutnie mi się nie podobali.
To tyle, za dwa tygodnie Pearl Jam.